english version

26-07-2010

14-07-2010

wersja polska

Józef Wajszczuk (0684)


Informacje uzyskane od Krzysztofa Wernera (1830) –

1/ e-mail z dnia 14 lipca 2010

Historia wojennych losów mojego pradziadka zaczyna się w sierpniu 1939r., kiedy został powołany do wojska. Nie wiem, w jakiej formacji służył i jak przebiegała jego służba w czasie kampanii wrześniowej - wiem, że był ułanem. Kampanię wrześniową zakończył pod Kockiem w zgrupowaniu Armii Gen. Kleberga, w dniu 4 października 1939 r., dowódca zwolnił żołnierzy z przysięgi wojskowej i pozwolił żołnierzom wracać do domów, aby nie dostali się do niewoli niemieckiej. Pradziadek pieszo z pod Kocka wrócił do żony z czworgiem dzieci (Jan Wajszczuk urodził się dopiero w 1940r.) do Kolonii Bystrzyckiej (gm. Wojcieszków, w pow. Łukowskim). Swój mundur ukrył w stodole, a posiadany karabin wrzucił do studni. Jednak wiosną 1940r. do Kol. Bystrzyckiej przybyła policja granatowa. Ktoś doniósł, że mój pradziadek służył w polskiej armii, itp. (prawdopodobnie informatorem był sąsiad pradziadka, jednak są to tylko podejrzenia mojej babci, ponieważ granatowa policja zbyt dużo znała szczegółów dotyczących życiorysu oraz poczynań dziadka po kampanii wrześniowej), a czego dokładnie chcieli od mojego dziadka nie wiadomo. Policjanci kazali dziadkowi wydobyć karabin z 10-metrowej studni, a po wydobyciu zabrali dziadka do Komendy Policji do Łukowa, skąd następnie mieli go przewieść pociągiem do Lublina. Dziadek w czasie podróży z Łukowa do Lublina, (przejeżdżali przez las, potem zatrzymując się na stacji w Sarnach, 20 km na południowy-zachód od Łukowa), niezauważony przez konwojujących go policjantów wyskoczył z pociągu i uciekł do lasu. Policjanci oddali kilka strzałów próbując go zatrzymać, lecz na szczęście strzały okazały się niecelne. Od tego czasu próbował się ukrywać u krewnych w Lublinie (przebywał tam kilka dni) i we wsi Franciszków koło Świdnika (przebywał tam 2 tygodnie w czasie żniw). Jednakże krewni bali się go przetrzymywać, więc aby ich nie narażać na niebezpieczeństwo postanowił wrócić do domu (do żony, która niedawno urodziła syna - Jana Wajszczuka [0901]), a następnie zabrać rodzinę i uciec z okupowanych terenów. W domu przenocował jedną noc, ponieważ znów ktoś doniósł granatowej policji, że przebywa w Kolonii Bystrzyckiej, (dlatego podejrzenia o tym, że informatorem mógłby być sąsiad pradziadka, stały się bardziej prawdopodobne). Tuż przed aresztowaniem, moja babcia po raz ostatni widziała swojego ojca; wspominała, że mój pradziadek uspakajał całą rodzinę, że niedługo wróci i że wszystko będzie dobrze. Pomachał całej rodzinie na dowidzenia i to był ostatni raz, kiedy babcia widziała swojego ojca... Bardziej pilnowany został przewieziony Lublina i osadzony w siedzibie Gestapo "Pod Zegarem" (dzisiaj Muzeum Martyrologii "Pod Zegarem", na ulicy Uniwersyteckiej 1), a następnie na Zamku lubelskim. Od tego momentu rodzina straciła jakikolwiek kontakt z pradziadkiem i dopiero po 6 latach dowiedzieli się, że nie żyje, od tajemniczego Pana, który był współwięźniem pradziadka (babcia, nie pamiętała jego nazwiska, ani jego imienia). Pradziadek, kilka dni przed śmiercią, podał adres zamieszkania swojej żony tej osobie, aby (jak on wyjdzie z więzienia) poszedł i poinformował o tym, co się z nim działo. Współwięzień pradziadka powiedział, że został on osądzony i tego samego dnia został rozstrzelany. Pokazał również, gdzie został mniej więcej pochowany, pod murem cmentarnym na ulicy Unickiej (prawdopodobnie koło teraźniejszej ulicy Łubinowej, ale nie mam, co do tego pewności).
Babcia ustaliła, przy pomocy Związku Byłych Więźniów Zamku Lubelskiego, że Józef Wajszczuk na pewno został rozstrzelany, a jego ciało pochowano pod murem cmentarza przy ulicy Unickiej. Po długich staraniach mojej babci z ówczesną władzą prochy pradziadka złożono we wspólnej mogile na cmentarzu przy ulicy Unickiej, gdzie widnieje jego imię i nazwisko.
Mniej więcej tak wyglądały losy mojego pradziadka. Są spory, co do tego sąsiada pradziadka i ilości ucieczek mojego pradziadka - słyszałem kiedyś, że uciekł dwa razy granatowej policji, ale na pewno raz z pociągu, (chociaż czasem mówi się, że uciekł z pędzącego pociągu, a nie ze stacji kolejowej). Słabo na razie znam jego datę śmierci; babcia wspominała, że dowiedziała się o śmieci swego ojca w czasie świąt Bożego Narodzenia, 1946r. właśnie od tego tajemniczego Pana, możliwe, że te dokumenty, które są na Pana stronie ukazują prawdziwą datę śmierci.
W odpowiedzi na inne pytania:
1. Mój dziadek (0900) ma pewne dokumenty, postaram się je przesłać.
2. Sławomir (0616) napewno zmarł 5 kwietnia 2010r., na pogrzebie był mój dziadek i rodzina Jana (0901) Wajszczuka, mogę przesłać akt zgonu.
3. Zbiorę więcej informacji i zdjęcia, tak żeby nie wysyłać danych "na raty", :-)

Pozdrawiam,
Krzysztof Stanislaw Werner


Przygotowali: Waldemar J Wajszczuk & Paweł Stefaniuk 2010
e-mail: waldemar@wajszczuk.v.pl