english version

13-02-2013

25-01-2007

wersja polska

Zenobiusz Wajszczuk – fragmenty pamiętnika
(0096)


(nadesłane przez córkę – Teresę (0097) Jaroszyńską. Pamiętnik był pisany odręcznie w latach powojennych [1977 – 1987], pod rządami komunistycznymi w Polsce – dlatego wiele nazw i nazwisk zostało pominiętych)

Cześć I

13.IX.1939, Lublin – 21.V.1940

[kliknij aby powiększyć]

Mapa sporządzona na bazie współczesnej mapy (www.travel.yahoo.com).

Przekroczenie granicy 21-XI-1932

Trasa prowadzi przez tereny, które należały do Polski przed Druga Wojną Światową.

Współczesne granice są zaznaczone szarymi liniami.

(str. 13 - 21) - Ewakuacja Julka (Juliana [M091] Radoniewicza) i początek mojej wędrówki nastąpiły 13 września 1939 r. Julek miał udać się do Chełma po dalsze rozkazy. Oczywiście i ja z nim, tym bardziej, że podobno brat mój Edmund, (0075) doktor z Krasnegostawu, został tam zmobilizowany. W Chełmie nie znaleźliśmy, ani ja w Szpitalu mego brata, ani Julek jego dowództwa. Szpital podobno ewakuowano do Kowla. Julek miał się udać do Brześcia. Po przenocowaniu w Chełmie ruszyliśmy do Brześcia. W drodze zatrzymały nas dwie niewiasty, młode, bez bagażu i poprosiły o podwiezienie do Brześcia, skąd pochodzą. Samochód był duży, choć osobowy, i Julek zabrał je. Pod Brześciem wysiadły. Przy nagromadzeniu się wielu wiadomości o jednostkach dywersyjnych, działających w kraju, przychodziła nam wielokrotnie myśl, czy te niewiasty nie należały czasem do takiej organizacji, czy czasem przez usłużność wobec niewiast, nie dopomogliśmy im w działalności, bo skąd na pustkowiu i bez żadnego bagażu, zjawiły się dwie niewiasty? Ale stało się.

W Brześciu nie było koncentracji – pewno w Kowlu – Brześć bombardowano. Ruszyliśmy do Kowla. Ale i tam droga była zapchana uciekinierami, a punktu zbornego nie było. W Kowlu trzeba było uzupełnić bak benzyną. Benzyny nie ma. Wydają tylko spirytus. Magazyny położone blisko mostu nad rzeką Turią. Most bombardowany, miasto również – pozostawanie w tym rejonie niebezpieczne – aby tylko uchwycić pełne baki „benzyny”- spirytusu i dalej. Ale gdzie! Nikt nie może poinformować, gdzie są punkty zborne wojska. Julek także niczego się nie dowiedział. Mała narada ... i decyzja: wracamy do Lublina. Ale którędy? Most na Bugu zniszczony – zatym – przez Brześć z powrotem. Po ujechaniu kilkudziesięciu kilometrów, spotkaliśmy maszerujących policjantów, którzy widząc nadkomisarza w samochodzie powiedzieli: „proszę zawracać – Niemcy w Brześciu”. Droga zatym zamknięta dla nas, umundurowanych, bez możliwości przebrania się za cywila. „Maszerujemy do Łucka – tam mamy się stawić do armii” powiedzieli. Wobec tego wiadomo, gdzie jest punkt zborny! W Kowlu szukałem obydwu braci, Mundka (0075) i Lutka (0086), lecz ich tam nie było. Szpital ewakuowany do Łucka. „W Łucku wreszcie spotkam się z braćmi lub z bratem, to już coś będzie”! Tam wreszcie wędrówka się zakończy i nastąpi wkrótce powrót w stronę Lublina razem ze wszystkimi. W Kowlu nie nocowaliśmy. Do Łucka przybyliśmy dość późno – jak wszędzie, poruszanie się samochodem było utrudnione. Furmanki jechały obok siebie w jednym kierunku. Spotykaliśmy później jadących w stronę przeciwną. Ludzie szukali spokojnego do przebycia miejsca, lecz wszędzie, czy to w miasteczkach, czy w wioskach, laskach byli ostrzeliwani lub bombardowani.

W Łucku byliśmy już 15.09.39. W szpitalu nie znalazłem ani Mundka, ani Lutka. Julek dowiedział się ostatecznie, że koncentracje i punkt zborny oddziałów rozproszonych i niezmobilizowanych przeniesiono do Dubna. Jedziemy dalej – zatrzymanie się na noc w Łucku jest niebezpieczne. Jedziemy, już po ciemku, za miasto i nocujemy w lasku, który rano był bombardowany. W domu, zdaje się leśniczego, dostaliśmy ciepłe jedzenie i możliwość zanocowania. Niemcy bombardowali w tym dniu lasek oraz pobliski most. Sporo ludzi cywilnych zginęło i skończyła się ich wędrówka do nikąd.

Rano wyruszyliśmy do Dubna. Był już 16 września. Przed Dubnem ustawione posterunki zatrzymały nasz samochód. Widzieliśmy z lewej strony obszerne pole, a na nim zebranych policjantów w umundurowaniach. Oficer, na widok nadkomisarza policji, wyraził zadowolenie: „Obejmie pan dowództwo batalionu policjantów”. „Dobrze” - odpowiedział Julek - „zaraz wracam, tylko odwiozę kuzyna do punktu zbornego w Dubnie”. „Proszę wracać z samochodem”. Pojechaliśmy do Dubna, tam dowiedziałem się, gdzie są koszary i nie chciałem już, żeby Julek mnie, te ostatnie 1½ do 2 km odwoził, aby oficerowie zgrupowania policyjnego nie podejrzewali Julka o uchylanie się od podjętego obowiązku. Podziękowałem mu i szoferowi za podwiezienie, ucałowaliśmy się i „do zobaczenia”. Młody Matyjasek, nad którym opiekę podjąłem w Lublinie, zdecydowanie odmówił pójścia razem do koszar i zapisania się do wojska. Mówiłem mu, że tam będziemy cały czas razem. „Nie” odpowiedział, „ja udaję się do Lwowa i wracam do Lublina”. Prawdopodobnie na taką decyzję wpłynęły widoki z okresu przejazdu z Lublina do Dubna. Może beznadziejny stan organizacji w kraju. Cóż, był to chłopak zaledwie kilkunastoletni - ja w 1920 roku byłem młodszy. Do Lwowa miał około 180 km – tam była, zdaje się, jego siostra, czy ktoś z rodziny, mógł więc mieć z ich strony pomoc. Tak też się stało. Wrócił do Lublina i przebywał tam do czasu ewakuacji Lublina przez Niemców. Zginął rozstrzelany na Zamku w dniu opuszczania przez Niemców Lublina w 1944 r. Co komu było sądzone, stało się. Ja zostałem zarejestrowany w dniu 16 września w punkcie zbornym. Otrzymałem, jako osobiste uzbrojenie, pistolet „Wis” i 100 sztuk naboi. Spojrzeli na moje oficerskie buty i chcieli mi dać saperki, jako saperowi – nie chciałem. Po dopełnieniu formalności chciałem jeszcze zobaczyć Julka w jego nowej roli, ale już nikogo nie zastałem w Dubnie – wymaszerowali do Lwowa. Od ostatniego pożegnania, już nigdy w życiu nie spotkałem go. Po południu spotkałem w Dubnie sierżanta z mojego batalionu saperów z Nowego Dworu. Nareszcie ktoś wojskowy znajomy. „Kiedy i gdzie ruszacie?” zapytałem, „zdaje się do Lwowa” – odpowiedział. Poprosiłem, żeby zaczekali na mnie, że wezmę swoje papiery z koszar, zamelduję o odnalezieniu jednostki i że zaraz wrócę i dołączę do nich. Dwa kilometry drogi, załatwienie formalności, pobranie 300 zł żołdu wypłacanego awansem, 2 km drogi powrotnej – i już nikogo w Dubnie nie zastałem. Nikt nie wiedział dokąd i którędy pojechali samochodami, czy dalej na południe na Tarnopol, czy na zachód do Lwowa. Trudno, stało się – na piechotę nie będę ich gonił, a w dodatku pojechali w niewiadomym kierunku. Spieszyli się bardzo, zauważyli to miejscowi. Wróciłem więc do koszar i tam nocowałem.

Dnia następnego był pamiętny dzień 17 września 1939 r. Nareszcie rano widziałem, łatającego nisko, naszego bombowca „Łosia”. Gdzie nasze lotnictwo? Wysyłano podobno te udane samoloty zagranice. A w górze nad naszym krajem, coraz śmielej i niżej i wydawano się, ze już z o wiele mniejszym nasileniem, latały samoloty niemieckie, rozpoznawcze i bombowce. Wszystkie miasta nasze zbombardowane.

Nagle, jak piorun spadla wiadomość „Wojsko sowieckie przekroczyło granicę polską i posuwa się w głąb kraju”. Wszystko stało się beznadziejne. Przyszedł rozkaz wyruszenia z Dubna. W oficerkach, mówili daleko nie zajdę, to też posłuchałem rady i włożyłem saperki. Ruszyliśmy gromadą oficerów starszych i młodszych w stronę Beresteczka. Po blisko 60 km marszu byliśmy w Beresteczku. Miejscowość znana z historii i tutaj stała się również, jakby zapowiedzią nowych wydarzeń. Wieczorem, gdy jeszcze było widno po zachodzie słońca, zebrano nas na rynku miasteczka i nastąpiła selekcja oficerów. Wybrani, wśród których i ja znalazłem się, zostali odseparowani. Nikt z nas nie wiedział, w jakim celu to nastąpiło. Po pewnym czasie nadjechały samochody, do których wsiedliśmy – były to ciężarówki. Ruszyliśmy. Dokąd? Nikt nie wiedział. Jedynie można było domyślić się, ze było to zadanie specjalne. Prawdopodobnie kierunek granica. Zapas benzyny-spirytusu wskazywał, ze przed nami daleka droga. Wiadomo było, ze nie wolno nam było spotkać się ani z Niemcami, ani z Sowietami, a Niemcy byli juz we Lwowie, Sowieci posuwali się wolno na zachód. Droga na granice rumuńska przecięta przez oddziały sowieckie. Zatym, w kierunku na Węgry. Droga wolna istniała do Brzezan przez Tarnopol. Jazda odbywała się przez noc. Przymusowe postoje oraz kluczenie na skutek prawdziwych czy mylnych wiadomości o zburzeniu mostów na rzekach i obranej trasy spowodowały, ze Brzezany minęliśmy dopiero w godzinach popołudniowych. Po przejechaniu dalej zaledwie kilku kilometrów usłyszeliśmy od strony pola strzał. Była to zapowiedz tego, co miało za chwile nastąpić. Na naszej otwartej ciężarówce było 10 oficerów i jeden harcerz, który jako jedyny miał przy sobie karabin. Myśmy mieli jedynie „Wisy”. Ten jedyny strzał pozbawił życia harcerza. Dostał w skroń. Na wozie mieliśmy dwie beczki 200-litrowe spirytusu, jako uzupełnienie na drogę, uzyskane w Brzezanach. Stał tam nasz oddział kawalerii. Byliśmy uprzedzeni, ze wjeżdżamy na teren czysto ukraińskich wiosek. Wobec tego dostaliśmy ubezpieczenie w postaci motocykla. (...)

Kliknij na miniaturkę aby powiększyć

Wojna obronna 1939 r.

Granice przed i po II Wojnie Światowej

Zima 1939/40, wiosna 1940, miasto Eger, (Węgry)

(str. 49, 50) (...) (ka)plicę, aby w niej ksiądz kapelan mógł odprawić pasterkę. Trochę przykre mam wspomnienia z tej pasterki gdyż młody ksiądz kapelan, widocznie z przejedzenia, nie mógł się mocno trzymać na nogach. Miał również zachwiane obroty w czasie Mszy Świętej, lecz stopniowo przezwyciężył siłą woli wszystko. Po każdej mszy i po pasterce, czy to będąc na mszy w mieście, czy na pasterce w obozie, odśpiewywana była pieśń „Boże coś Polskę”.

Z innych grup były takie, które poświęcały się nauce języka francuskiego, ja przystąpiłem, za namową mecenasa Bozentowicza, do nauki języka węgierskiego. Jako trzeci w naszej dwójce był por. Blachowicz, ten jednak nie wytrzymał. Uznał, że jest zbyt trudny no i po co, jeśli pojedzie do Francji wkrótce. Zostaliśmy we dwóch i trzymaliśmy się trwale kontrolując jeden drugiego ze znajomości słówek i gramatyki podstawowej. Lecz, jak doszło do tej zażyłości i współpracy. Był on starszy ode mnie i on pierwszy podszedł do mnie, gdy na zbiórce chóru czy na apelu usłyszał moje nazwisko. W czasie rozmowy na osobności okazało się, że jest to kolega mojego brata Lutka (0086), z którym w okresie wojny w 1914 r. byli razem w Charkowie. Co za traf, że spotkał, również na obczyźnie, drugiego młodszego brata z rodziny Wajszczuków. Możliwe, że to go do mnie zbliżyło jak również mnie do niego, gdyż w tak beznadziejnej sytuacji oczekiwania oraz z uwagi na sukcesy najeźdźcy, trzeba było oczekiwać na najazd Niemców na Węgry a zatem i los nasz, uciekinierów, nie byłby wesoły jeśliby zajęli miasto Eger. Aby ułatwić sobie ewentualną w tych okolicznościach ucieczkę poprzez rozlegle lasy dalej od nich, trzeba znać język węgierski, bo przecież zwykły kompas i mapki ogólne bez chłopskiego kompasu nic nie pomogą. To tez wykorzystywaliśmy z nim wolne godziny przed i po południu, krocząc po alejkach „parku” zamkowego ucząc się formowania zdań ze słówek już poznanych. Trzy miesiące takiej pracy pozwoliło mnie posługiwać się ich językiem, co w późniejszym okresie okazało się bardzo przydatne i nie tylko dla mnie osobiście lecz dla kolegów, a którymi później rozpocząłem dalszą wędrówkę.

21.V.1940 - Z miasteczka Barcs, (pow. Somogy, Węgry), przez rzekę Drawe do stanicy Terezino Polje, (Chorwacja)

(str. 74,75) (...) Tymczasem maszerowaliśmy gęsiego z plecakami lub z pakunkami związanymi na prędce i w ręku. Z początku przez pola znane tylko przewodnikowi. Zapowiedziano, że droga będzie długa. Ruszyliśmy w bezksiężycową noc do toru kolejowego i wzdłuż toru dalej na południe. Trudno było określić jak długo, ile kilometrów, w każdym razie dwukrotnie kładliśmy się nieruchomo na ziemię, aby nie iść w świetle reflektorów i świateł z wagonów. Potem skręciliśmy w prawo w stronę lasku. Brnęliśmy czasami przez mokradła, co nawet stwarzało dobre warunki ukrycia śladów przemarszu, wreszcie zarządzono odpoczynek. Przewodnicy wyruszyli do przodu dla zbadania możliwości przeprawy przez rzekę. Zbadali, czy jesteśmy we właściwym punkcie przeprawy. Warunki wymagały abyśmy wypływali z dala od straży granicznej węgierskiej i abyśmy lądowali również niepostrzeżenie z dala od stanicy jugoslawiańskiej. Trzymaliśmy się jak poprzednio razem w grupie i załadowaliśmy gdzieś w połowie grupy przerzutowej. Trzeba było się śpieszyć, bo rzeka szeroka a noc szybko przechodziła.

Pierwsze pytanie, jakie padało na łódce „Kto umie wiosłować? Kto sterować?” Jako saper zgłosiłem się na sternika. Były zaledwie dwa wiosła dla dwóch wioślarzy. Rzeka wartka, trzeba było wiosłować silnie i bez pluskania wiosłami. Tak uzgodniłem i rozpoczęła się przeprawa, „lewa mocniej” coraz częściej trzeba było podawać aby dobić po sapersku na drogi brzeg. Ci co siedzieli jako pasażerowie byli jednak zziębnięci. Ja i wioślarze pracowaliśmy i nie odczuwaliśmy chłodu, choć czarna toń robiła wrażenie i czasem przy chybnięciu łodzią ciarki trochę przechodziły przez moją skórę. Wylądowaliśmy na właściwym miejscu na drugim brzegu. Łódka wróciła na drugi brzeg po następne partie przerzutu. Byłem już na brzegu Jugosławii. Oczekiwanie na resztę trwało jeszcze przeszło godzinę. Koledzy, jedni siedzieli inni rozgrzewali się marszem i łagodnym biegiem po brzegu. Przypomniałem sobie o zabranej piersiówce z Egieru ze spirytusem. Nalałem wtedy po małym naparstku – zakrętka butelki, spirytusu. „Wspaniały pomysł” usłyszałem. Mimo, ze był to spirytus, łyknął (...).

 

Cześć II

[kliknij aby powiększyć]

 

30.V.1940 – Zagrzeb, 19.VI.1940 – Split (2 tyg.), Zagrzeb, Belgrad, Saloniki, Istambuł, Bosfor, Ankara, Aleppo, Damaszek (14.VI.1940 - Niemcy w Paryżu)!

(str. 21–23) (...) (europej)skiego na azjatycki Tak samo nie przejmowałem się w innych podobnych okolicznościach.

Teraz jechaliśmy dalej, nakarmieni i już tak, jak u swoich. Nie wiedzieliśmy nic, co nas spotka u kresu wędrówki w Syrii w Damaszku. Przyjechaliśmy tam w godzinach popołudniowych. Tutaj przywitał nas kapitan armii francuskiej. Tutaj była nowa dla nas niespodzianka. Francja poddała się i Niemcy zajęli Paryż. W Damaszku pojawili się Niemcy. Wyjście do miasta niemożliwe. Brygada Karpacka wyjechała do Palestyny. My musimy najbliższym pociągiem jechać dalej za nimi do Palestyny. Za tym nie jest to koniec wędrówki – nie jesteśmy jeszcze w polskiej armii na Środkowym Wschodzie. Jedna noc zmieniła wszystko. Byliśmy tylko na dworcu i tylko z dworca mogliśmy patrzeć na miasto w tej części raczej europejskiej. Z dworca wiodły szerokie schody w dół do równie szerokiej alei miejskiej. Robiło to dobre wrażenie o samym Damaszku ale było to, jak się potem okazało mylne wrażenie. Później byłem tu raz jeszcze i to trochę na dłuższy okres czasu.

Kapitan francuski pomagał nam w załatwianiu formalności przed dalszą podróżą. Dowiedzieliśmy się, co spowodowało wyjazd Brygady Karpackiej z Syrii. Otóż pułkownik Kopański był wezwany do dowództwa francuskiego gdzie powiadomiono go o konieczności likwidacji brygady i wydano rozkaz złożenia posiadanej broni. Na to dowódca brygady Kopański odpowiedział słowami które gdzieś na pewno w kronikach brygady zostały na wsze czasy zapisane: „Generale! Wojsko polskie nigdy w swej historii nie walczyło z Francją. Jeśli chcecie broń odebrać, możecie tego dokonać jedynie siłą. Decyzja należy do Was i do Francji, naszego w walce sprzymierzeńca. Odmeldowuje się, generale. Rozkazu złożenia broni nie wydam”. Nastąpiła wtedy konsternacja w sztabie francuskim, a rezultatem tego był wyjazd Brygady w pełnym posiadanym uzbrojeniu, a dodatkowo jeszcze uzbrojenie i amunicja na dalsze wyposażenie następnej brygady a może jeszcze więcej, znoszone do pociągu w którym załadowano brygadę przez nie tylko samych Polaków ale także oficerów i żołnierzy francuskich. I tutaj choć nie na swojej ziemi Polak z Francuzem nie walczył. A myśmy przybyli w jeden dzień później. I znowu pytanie czy to dobrze czy źle?

W każdym razie i tutaj w Damaszku, choć już Syria była pod rozkazami Petain’a, uznanego przez Hitlera, to mieliśmy wśród oficerów francuskich życzliwych sobie ludzi. Gdy podstawiono nam pociąg i wsiadaliśmy do dalszej podróży, był przy nas ten sam kapitan francuski, który żegnał nas, mając łzy w oczach, słowami: „Nie macie ojczyzny, ale jesteście wolni! – My zaś jesteśmy w niewoli”. Tak opuściliśmy Damaszek i Syrie.

Pociąg jechał wolno, wspinając się to w gore, jadąc stokiem to w jedna to w druga stronę. Widzieliśmy z okien pociągu osobowego jezioro Genezaret. (...)

(Na granicy Palestyny – Samak. [WJW- prawdopodobnie Al Hammah, na linii kolejowej z Damaszku - obecnie na granicy Jordanii i Izraela, nad Morzem Galilejskim - Jeziorem Genezaret]. Po noclegu wyjazd na pustynie).

(str. 27–29) (...) po pobraniu benzyny zatrzymaliśmy się już tylko u kresu wędrówki, na polanie pod wzgórzem klasztornym, w miejscowości Latrun. Polana duża, oczekiwały na nas namioty. Trochę wyżej stal budynek parterowy, drewniany na podmurówce, gdzie mieściło się dowództwo obozu, kuchnia, magazyny oraz kasyno oficerskie. Pomoc kucharza i obsługa złożona z szeregowców, mieszkali również w namiotach tak, jak my cywile. Samochody arabskie odjechały a myśmy, po zarejestrowaniu i po sprawdzeniu i przyznaniu stopni wojskowych, otrzymali przydziały do namiotów do ustawienia nad uprzednio wykopanym wgłębieniem. Potem, każdy z nas otrzymał szorty i bluzy wojskowe do których można już było przypiąć dystynkcje wojskowe. Obóz był już zorganizowany, a nasza grupa powiększyła istniejący już stan personalny. Byliśmy raczej grupą wyłączną oficerów. Brygada Karpacka wyjechała już z Palestyny do Egiptu. W Brygadzie szeregowcami byli nawet podchorążowie, tylko niższych stopni. Szeregowi z naszej grupy byli od razu wysyłani do Brygady. Oficerów było nadmiar i wkrótce było nas bez przydziału tylu, ze stworzono z nas Legie Oficerska jako część składowa Polskich Sil Zbrojnych Środkowego Wschodu pod wydzielonym dowództwem pułkownika Kopańskiego Stanisława, który w Polsce był pułkownikiem artylerzystą. Ogólne dowództwo było angielskie i nosiło nazwę Siły Zbrojne Środkowego Wschodu pod dowództwem generała Wavell’a. Tak więc zostałem szeregowym Legii Oficerskiej, jako podporucznik rezerwy saperów. Po załatwieniu wszelkich formalności otrzymaliśmy zaliczkę w kwocie 5 funtów palestyńskich na uzupełnienie własnego ekwipunku i na własne potrzeby. Obóz w Latrum położony był w odległości około 20 mil na wschód od Tel Avivu, tam można było wyjeżdżać w czasie wolnym od zajęć po zakupy lub na przepustkę. Tutaj w obozie, jako legioniści, otrzymaliśmy uzbrojenie – karabiny i bagnety angielskie, a wtedy zaczęło się wszystko od nowa. W dwuszeregu zbiórka! Na ramie bron! Do nogi bron! i inne musztry – aby nam się nie nudziło. Beznadziejne to było, a ze trwało to dość długo nie miało to wyraźnego sensu. Osobiście wystarczyła mi podchorążówka i te, ujęte w pieśni, „dziewięć miesięcy twardej szkoły” gdzie robili z nas manekiny, które kaprale, jak chcieli tak przestawiali z miejsca na miejsce, gdzie człek był nikim a nawet niczym. To tez, gdy w obozie badano, jaka mamy w cywilu specjalność, zgłaszałem się z oświadczeniem, ze w obozie w Eger byłem zapisany jako specjalista elektryk, który wtedy miał być wysłany do armii we Francji. Ale tutaj dowództwo wysyłało jedynie lotników i tych, którzy z lotnictwem mieli coś wspólnego. I wtedy to porucznik Wegiel Adam, baloniarz, został w bardzo krótkim czasie wysłany do Egiptu, a potem do Anglii drogą, tak jak jemu podobni, wokół Afryki. Dochodziły słuchy, że nie wszyscy ta droga wysłani, dopłynęli do celu. Jakiś okręt został storpedowany, a ze Niemcy rozbitków nie ratowali, to tez straty na morzu były wtedy duże. Może wiec lepiej się stało, że (...)

(późniejszy dopisek ołówkiem na marginesie na str. 71: „zorganizowanie chóru, przejecie go przez dyrygenta Nowaka, koncert w radio w Jerozolimie, koncert w Tel Avivie, wyjazd do Egiptu – Dikheila [ochrona lotniska], koncert w Aleksandrii)

(str. 71–76) (...) (od) byłych rannych dowiedzieliśmy się o braterstwie broni miedzy Polakami i Australijczykami. Wtedy, gdy linie i sektory obronne Tobruku obsadzali Polacy, Anglicy, Australijczycy, to w czasie przerw w bombardowaniu okopów przez samoloty niemieckie i w chwilach przewidzianego spokoju australijczycy omijali okopy angielskie i taszczyli skrzynki z piwem do Polaków. Manewry obronne Tobruku polegały na systematycznych zmianach stanowisk obrony sektorów, co dawało nieprzyjacielowi świadomość, ze wszystkie linie obronne są obsadzone przez Polaków, następnie przez Anglików lub znowu przez Australijczyków, a zatem inne silniejsze wrażenie, że siły obronne Tobruku były trzykrotnie większe niż były w rzeczywistości. Inne jeszcze wydarzenia były dostarczane nam i sluchane z zadowoleniem. Bylo to współzawodnictwo miedzy Polakami i Australijczykami polegające na tym, kto pierwszy dostarczy jeńca z przeciwległych linii. Tu nasi górowali. Obrona Tobruku wiązała siły nieprzyjaciela, zmniejszała możliwość szybkiego posuwania się Niemców w kierunku Suezu. Musieli się liczyć z tym, że tak silny garnizon Tobruku, na wypadek osłabienia czujności Niemców na skutek pościgu za armią angielską, może zagrozić tyłom niemieckiego zaopatrzenia i zaprzepaścić zwycięstwo. Toteż czekali na zgromadzenie sil, które pozwala i na blokadę Tobruku i na pościg.

Jak już wspomniałem, w Afryce walki toczyły się ze zmiennym szczęściem. Zwyciężali Anglicy potem Włosi, znowu Anglicy, aż wreszcie natarcie Niemców doszło prawie pod Aleksandrię. Brygada Karpacka nie od razu wkroczyła do walki. Był okres przygotowywania się ze sprzętem, który różnił się wybitnie od wyposażenia, jakie Brygada przywiozła z sobą z Syrii. Wreszcie pułkownik Kopański zgłosił gotowość Brygady do walk. Wtedy to dowództwo angielskie wystąpiło do władz naszych w Anglii i generała Sikorskiego o mianowanie pułk. Kopańskiego Generałem Brygady. W angielskim wojsku stopień był ściśle związany ze stanowiskiem. Przypominam sobie jednego z angielskich poruczników, którego po pewnym czasie zobaczyłem w randze majora. Zapytałem z ciekawości co stało się, że o dwa stopnie od jednego awansu przeskoczył. W naszym wojsku były awanse automatyczne niekiedy po dwóch lub trzech latach służby zawodowego oficera, że otrzymywał jeden stopień wyżej. Okazało się, że porucznik ten został, na czas urlopu dowódcy jego jednostki, jego zastępcą, a dla uwidocznienia tego miał prawo przypiąć sobie stopień oficerski taki, jaki posiadał dowódca. Nawet stopień pułkownika, lecz po skończeniu zastępstwa ponownie przypinał sobie odznaki, jakie miał. Że była to prawda, przekonałem się po dwóch tygodniach. Zatem było całkowite uzasadnienie nominacji dowódcy brygady na generała i to nie był to jedyny wniosek Anglików. Postawa generała Kopańskiego w Syrii i wobec Anglików całkowicie zasługiwała na awans. Wkrótce awansował dalej, bo został Szefem Sztabu Naczelnego Wodza Wojsk Polskich a Anglii, ale o tym później.

Nie pamiętam o chronologii wydarzeń, kiedy Polacy walczyli pod Ghazalą, przed czy po Tobruku. Walka pod Ghazalą, gdzie Polacy odnieśli zwycięstwo, pochłonęła wiele ofiar. Brygada dostała rozkaz zdobycia linii obsadzonej przez Włochów. Ze wspomnień uczestnika tej walki dowiedziałem się, jak to się odbywało. Leżałem wtedy w szpitalu wojskowym w Aleksandrii, gdzie przywiezieni byli z frontu ranni. Otóż Polacy walczyli w terenie pustynnym płaskim a mieli zająć wzgórze obsadzone przez Włochów w specjalnie przygotowanych bunkrach. Przestrzeń, jaką mieli atakujący przebyć nie była zbyt duża, lecz płaszczyzna była pokryta „polem śmierci”. Plutony i kompanie dostały rozkaz natarcia. Gdy ruszyli okazało się wtedy, że byli ostrzelani krzyżowym ogniem karabinów maszynowych. Sporo żołnierzy stosowało wyszkolony system wojskowy – krótkich wyskoków do przodu i co pewien czas padanie na ziemię. Dowódca plutonu – porucznik – zauważył, ze wielu było rannych w nogi oraz w głowę, czy w ramię. Były to rany w nogi w czasie biegu, a w głowę w czasie padania na ziemię. Wydał rozkaz i ostrzeżenie – odpoczywać, a na rozkaz ataku biec skokami a raczej podskokami wysokimi. Skutek był oczywisty – chłopcy biegli (...), a kule ich się nie imały. Ale to nie był jeszcze koniec wydarzeń i walki.

Brygada dysponowała plutonami „carrier’sów”. Pojazdy gąsienicowe, b. szybkie, 40 mil/godz., wyposażone w karabin maszynowy i obsługę czteroosobową. Carrier’sy odegrały jedną z poważniejszych ról w tej walce. Przedostały się pod osłoną wydm na tyły linii obronnych włoskich i otworzyły gwałtowny ogień w rejonie dowództwa. Włosi sądzili, że zostali otoczeni. Tak relacjonował wzięty do niewoli generał włoski. Mówił o tym, że żołnierze włoscy, pewni skuteczności „pola śmierci”, czuli się całkowicie spokojni widząc padających rannych i zabitych w linii atakujących. Lecz, gdy ci pozostali atakujący, pomimo kul biegli coraz bliżej i bliżej bunkrów, struchleli, a że byli wierzący - orzekli, ze to biegną diabły, których się kule nie imają.

Wychodzili z bunkrów z podniesionymi rękami. Mówił dalej „Nie dziwiłem się im, że duch bojowy w tych warunkach ich opuścił. Jeszcze przypomniała mi się opowieść o zestrzeleniu samolotu niemieckiego, (bo w tym okresie Niemcy wspomagali Włochów lotnictwem), przez polską obronę p-lotniczą. Wzięty do niewoli Niemiec z początku zachowywał się buńczucznie, lecz gdy spostrzegł, że jest w niewoli u Polaków, złagodniał i żądał odstawienia do dowództwa angielskiego. Dlaczego? Otóż rozsiewano o nas pogłoski, ze ten kto się dostanie do niewoli Polaków, będzie poddany torturom, obcinaniu uszu, rąk i ze nie ma już po co wracać, choć żywy, do żony. W dodatku rozsiewane wieści o 100-tysięcznej armii polskiej w Afryce robiło swoje. Zgodnie z rozkazem władz angielskich, oddano jeńca Anglikom, a ci niestety nie doprowadzili go do służby informacyjnej, gdyż podobno w czasie nocy uciekł. Polacy nie mogli tego darować Anglikom, ale stało się. O walkach napiszę później.

Wracam do Dikheili. Wyjazdy nasze do Aleksandrii miały się wkrótce skończyć. Dzień powszedni, tak w Palestynie jak tu w Egipcie, wśród bezpośrednich dowódców, zawodowych oficerów, nie nastrajał przychylnie. Bardzo krytycznie oceniałem jako rezerwista, wartość bezpośredniego naszego dowództwa. Jeśli tacy byli tam w Kraju, to nic dziwnego, ze do obrony Polski nie byliśmy przygotowani. Nie myślano w przyszłość, (...).

 

Część III

(Koniec 1941 r. – do Libii, ochrona magazynów w Marsa-Matruh, wycofanie do Sidi-Haneish(?). Koniec VIII lub połowa IX 1942 r. – szpital w Aleksandrii, kurs maskowania w Helmanie (Helwan Les Bains [Hulwān], Cairo, Egypt)(?), szpital w Kairze. Syria – szkolenie dot. transportu kołowego, obóz pod Damaszkiem. Powrót do Palestyny w rejon Gazy. Likwidacja obozu i przez Suez, Adeny do portu Basra (Al Basrah) w Iraku. Bagdad, Kirkuk – obóz dla przyjmowania ludzi z ZSRR, Mosul.)

(str. 61-71) (...) Rozchorowałem się bardzo i pozostawiło to przykre wspomnienie bardzo długo. Rezultatem chyba była moja kolejna choroba. Zostałem odtransportowany do szpitala pod Kirkuk. Tam, oprócz stwierdzenia dezynterii amebowatej, również i malarii, lekarz zdecydował, że najpierw muszę zwalczyć malarię a potem zajmą się dezynterią. W ten sposób rozstałem się z II Brygadą – zostałem przeniesiony do Bazy. Po blisko 2-miesięcznym leczeniu przydzielono mnie do kompanii saperów. Miejsce postoju mieliśmy w pobliżu rzeki Mały Zab (Little Zab). Mieszkaliśmy w szczerym polu, w pełnym słońcu, w namiotach. Tam pewnej nocy zostaliśmy zaalarmowani, że z jednego namiotu skradziono kilka karabinów. Pojechaliśmy z dowódcą kompanii do pobliskiej wioski, do miejscowej policji. Policja iracka nie włożyła meldunku do szuflady, lecz natychmiast zaczęła działać. Co prawda pośpiech był konieczny, gdyż od czasu dokonania kradzieży upłynęło zaledwie kilka godzin. Jak dowiedziałem się później z relacji dowódcy kompanii, policjant pojechał łazikiem do jednego z miejscowych obywateli, wszedł do mieszkania i nic nie mówiąc rąbnął ręką w twarz obecnego mężczyznę. Potem dopiero zapytał, gdzie są karabiny. Ciekawa metoda – europejska jest całkiem odwrotna. Widocznie kradzież dokonana w jednostce polskiej poruszyła cały ich aparat dochodzeniowy, gdyż wkrótce odzyskaliśmy karabiny.

Stacjonowaliśmy nad rzeką Little Zab, która pochłonęła podobno już kilka osób. Nawet nie znaleziono ich ciał. Rzeka posiadała podziemne koryta, w dodatku nie zbadane. Wskazywały na to powstające na gładkiej powierzchni wody wiry, w wielu różnych miejscach. Nie wiele brakowało, a pochłonęła by również bratańca Zbyszka Wajszczuka, który skrócił sobie drogę do mnie przepływając przez rzekę w poprzek. Opowiadał mi, że jedynie przytomność i szybka jego orientacja uratowała mu życie. Płynąc wpadł na wir, który wciągnął go aż do dna rzeki. Szczęśliwie poczuł grunt, na którym chwilę postał, a następnie wyskoczył do góry i znalazł się w trochę innym miejscu niż do jakiego początkowo płynął. Wypłynął na spokojną powierzchnię wody wartkiej rzeki. Czułem w rozmowie, że był pod wrażeniem tego przeżycia pomimo tego, że przecież był dosyć dobrze zbudowany, wysportowany i dobrze pływał.

Pierwsze z nim spotkanie odbyło się w Szpitalu, gdzie leżał chory tak, jak wielu, co przybyli transportem przerzutu ze Związku Radzieckiego). Opowiadał mi, jak to pracował na Syberii w kamieniołomach, jak przychylnie odnosili się do nich miejscowi, jak swobodnie rozmawiali o obopólnych losach, ale tylko wtedy, gdy na przykład rozmawiali z nim bez świadków, nawet bez członków własnej rodziny. Rozmawiał tak osobno z ojcem, matką, synem ale, gdy ktoś z rodziny towarzyszył, rozmowa przechodziła od razu na inny temat. Mówił o tym, jak starał się aby jego grupa (był, jako technik budowlany, kierownikiem odcinka robót dla jego grupy) wyrabiała ponad normę, za co dostawali dodatkowo chleb. Mówił, że wybierał na składanie gruzu miejsce na górce, a w ten sposób wewnętrzny stożek, powierzchnia przykryta zaledwie jedną warstwą, dawała im zysk na chlebie. Rąbaniem drzewa dla miejscowych zarabiali na okrasę kartofli. Tak żyli szeregowi, którymi w Polsce zaopiekowało sie wojsko radzieckie. Tak żyli i pracowali ci, których ręce wskazywały na ręce robotników. Jeńcy z delikatnymi rękami, nie pomarszczonymi, bez odcisków, byli gdzie indziej i tym szykowano inny los. Zbyszek był w tym rejonie do czasu, gdy obiegła wieść o umowie gen. Sikorskiego ze Stalinem w sprawie utworzenia Wojska Polskiego na terenie Zw. Radz. i w sprawie zezwolenia na przerzut byłych wojskowych na Środkowy Wschód do istniejącego tam już wojska pod ogólnym dowództwem angielskim.

Zbyszek przebył piechotą około 500 km, aż wreszcie dostał się do zgrupowania Polaków. Po pewnym czasie był z wieloma w transporcie przez morze Kaspijskie do Iranu, a potem dostał się do naszej bazy w Iraku. Z opowiadań jego i innych uczestników transportu dowiedziałem się, że na statek każdy, który odpływał z portu rosyjskiego wchodziło dwukrotnie więcej ludzi niż na to władze radzieckie zezwalały. Podobno przerzut miał obejmować 100 tys. ludzi, a przybyła ogółem dwukrotnie większa ilość ewakuowanych. Byli to nie tylko wojskowi, ale całe rodziny z dziećmi, nieraz z sierotami. Taki ośrodek dzieci sierot ulokowano w Kenii. Wśród wojska zgłaszali się ochotnicy, którzy zaofiarowali się z opieką osobistą sieroty. Takim był również Zbyszek. Jego podopieczna korespondowała z nim nawet wtedy, gdy już był razem ze mną w Anglii. Dał mi nawet jej zdjęcie. Nie wiem, czy korespondują ze sobą jeszcze i jaki los spotkał tą sierotę. Zbyszek ożenił się w Anglii i jest w Argentynie, dziś już dziadkiem dwojga wnucząt.

Dowiedziałem się o losach i drodze Zbyszka, on zaś o moich przeżyciach. Przed wieczorem wybrał się drogą podobną, lecz już doświadczony rannym przeżyciem.

W okresie tym, okresie napływania transportów, dowiedziałem się o tragicznym wypadku z samochodem wiozącym ludzi i dzieci przez góry Iranu do Iraku. Samochód ten spadł w przepaść. Radość wydobycia się wyjeżdżających z raju niestety trwała krótko. Również krótko cieszyli się wolnością ci, którzy nie mieli umiaru w posiłkach. Zmarli z przejedzenia. Te wypadki rzucały światło na warunki, w jakich żyli nasi w Zw. Radzieckim. Malaria również miała swoje ofiary. W taki sposób na skutek naszej porażki w Kraju, kości Polaków rozsiane zostały w wielu krajach, nie tylko w Europie, lecz w Azji i Afryce. Słyszałem, ze dla ratowania naszych dzieci, wysłano je nie tylko do Kenii, lecz również do Indii. Wśród nas również krążyły myśli, czy wędrówka nasza skończy się na Iraku, czy też zamiast do Kraju przejedziemy dalej na wschód? Pamiętam, kiedyś w Egipcie, rozmawiając z Anglikami i w odpowiedzi na ich pyszałkowatość, że cały świat powinien mówić po angielsku, powiedziałem „ciekaw jestem co będzie, jeśli Niemcy dojdą do Suezu i zajmą kanał – dalsza ich droga będzie łatwa – co będzie z waszymi Dominiami? Podobnie, jak wy myślą Niemcy”. Nie w smak była im ta wypowiedź moja. Poparcie miała w tym, ze Anglicy po raz trzeci uciekali z pod Bengazi pod naciskiem gen. Rommel’a (wtedy uciekali po raz drugi).

[kliknij aby powiększyć]

 

W okresie naszego postoju nad rzeką „Little Zab” miały miejsce dwa wypadki. Jeden, to bunt oficerów i próba zawładnięcia dowództwa w naszym ośrodku bazowym w Iraku. Szczegółów nie znam. Doszła nas tylko wiadomość o jego likwidacji w bardzo krótkim czasie. Armia nasza rozrosła się. Samodzielna Brygada Karpacka zwiększyła sie do dywizji – 3 Dywizja Strzelców Karpackich, powstała również 5 Dywizja, w skład której weszła i nasza kompania saperów, oraz 7 Dywizja, w której znaleźli się ludzie starsi. W danej chwili jeszcze nie w pełni wyposażona. A to już tworzyło wielką armię w naszych możliwościach. Sprawy organizacyjne zmieniały się często. Trudno mi dziś powiedzieć, kiedy nastąpiły zmiany na szczeblu dowódców dywizji. Doszła do nas wiadomość do Iraku, że dowódca 3 Dywizji Strzelców Karpackich, gen. Kopański został wezwany przez gen. Sikorskiego do Londynu na stanowisko Szefa Sztabu Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych. Mam jednak wrażenie, ze nastąpiło to po wypadkach i aresztowaniach w Bazie naszej w Iraku. To zaś wypadło w okresie przybycia ze Zw. Radzieckiego gen. Andersa i jego sztabu. W rezultacie dowódcą Polskich Sił Zbrojnych na Środkowym Wschodzie został gen. Anders – niezbyt lubiany za swoją pyszałkowatość i awansowanie swojej kadry oficerskiej w nienormalnie szybkim tempie.

Oficerowie naszej Legii Oficerskiej zostali poprzedzielani do wielu jednostek na stanowiska dowódców plutonu i już kontakty nasze stały się luźne, a towarzyszami moimi byli zupełnie inni oficerowie.  Nowe grono zżyło się ze sobą dość szybko, bo i warunki, a także okoliczności zmusiły nas oficerów do współdziałania.

W Iraku przeżywaliśmy skutki haniebnego porozumienia trzech mocarstw w Jałcie (* WJW - prawdopodobnie Zenobiusz miał na myśli Konferencje w Teheranie, 28.XI – 1.XII, 1943)?, a potem (?) tragiczną katastrofę i śmierć gen. Sikorskiego (zginal 4 lipca 1943 roku w wypadku lotniczym w Gibraltarze). Dziwna to była śmierć. Wiadomości, jakie do nas dochodziły – podawały, że był to okres tworzenia drugiego frontu i wyboru naczelnego wodza dla całej operacji na Zachodzie. Gen. Sikorski był osobistym przyjacielem Prezydenta Roosevelta, bardzo poważany i ceniony również, nie tylko we Francji ale nawet wśród oficerów i społeczeństwa oraz dworu królewskiego w Anglii. W okresie rozmów Jałtańskich, gen. Sikorski otrzymał list od prezydenta Roosevelta,  dostarczony przez specjalnego wysłannika prezydenta. Treść nie była znana nikomu. Były zatym pogłoski, ze musial zawierać wiadomości i decyzje, o których nikt nie mógł się jeszcze dowiedzieć. Potem nastąpiła katastrofa, z której uratował się jedynie pilot, a cały sztab generała, powracający z inspekcji w Libii zginął. Wiadomość o tej tragedii szybko dotarła do nas w Iraku. Jaka była reakcja żołnierzy? Naprawdę trzeba było wielkiej odwagi i wynaleźć przekonywujące argumenty, aby powstrzymać żołnierzy od buntu przeciw Anglikom i powstrzymać ich od samorzutnego wymarszu na obóz angielski. Wszyscy byli przeświadczeni, i do dziś i ja jestem zupełnie pewny, iż była to robota angielska. Churchill był człowiekiem bezwzględnym i mógł być zdolny do wydania odpowiedniego rozkazu. Bo, dlaczego gen. Sikorski, mając do dyspozycji własne lotnictwo, nie wyruszył na inspekcję własnym samolotem lecz angielskim i to zdaje się nawet, pilot nie był Anglikiem. Sprawa ta dotychczas nie jest wyjaśniona, bo napewno nie może być wyjaśniona tak, jak Katyń, o którym wiemy z notatek kronikarza, który wydostał się ze Zw. Radzieckiego na Środkowy Wschód. Opowiadał on wtedy o obozach oficerskich w Kozielsku, Starobielsku i w Ostaszkowie i o losach oficerów i ich likwidacji. Są to sprawy, które w obecnych warunkach nie mogą wyjść na jaw. Podawano nam o rozmowie gen. Sikorskiego ze Stalinem. Gdy upomniał się o polskich oficerów, Stalin podobno odpowiedział - „Eto była nasza oszybka” – Wiadomo, co z nimi sie stało. Jedni byli załadowani na statek-wrak – i nie powrócili na ląd. Inni zginęli w Katyniu.

Będąc w Anglii przeglądałem listę zaginionych w Katyniu – listę, którą miały biura Czerwonego Krzyża, i znalazłem tam nazwisko por. Mieczysława Skolimowskiego (M035 zobacz), mego ciotecznego brata. Wiedziałem, że był zmobilizowany i dostał się do niewoli sowieckiej. Zatym jego śmierć w Katyniu spowodowali Sowieci. W Anglii mieszkałem krótko z jednym z profesorów, który cudem, rzec można, dzięki Żydowi wydostał się z szeregów jeńców pędzonych ze Lwowa na Wschód. Mówił o transportach pieszych jeńców złożonych ze zmobilizowanych pod Dubnem policjantów. Bataliony te z pod Dubna ruszyły w kierunku Lwowa. Jednym z batalionów dowodził mój kuzyn, nadkomisarz Julian Radoniewicz (M091 zobacz), mąż mojej siostry ciotecznej Marii, której córka jest lekarzem w Olsztynie i żoną okulisty dr Edwarda Lenkiewicza. O Julku ślad zaginął - (zginął w Ostaszkowie/Twerze – WJW). Również ślad zaginął po drugim bracie ciotecznym, por. Tomaszu Olszewskim (M003 zobacz) (zginął w Katyniu/Charkowie  – WJW).

(...)


*Teheran Conference Nov. 28-Dec. 1, 1943

http://history.sandiego.edu/gen/WW2Timeline/Europe04a.html

Teheran (EUREKA), Nov. 28-Dec. 1, 1943.
Conferees: Churchill, Roosevelt, Stalin.
Main result: Plans for two-front war against Germany, for later Russian participation in war against Japan, and for postwar cooperation;

  • Stalin sought "security belt" of the Baltics, Poland, partition of Germany; said he would not annex Finland but the Finns needed to be "taught a lesson" and Stalin would take out reparations.
  • FDR in private talks with Stalin agreed to a Curzon line for Poland in the east and moving the German border back to the Oder, and agreed some transfer of population would be necessary "on a voluntary basis" to allow Russia to take back Ukraine and Belorussia from Poland.
  • FDR proposed dismemberment of Germany into 5 smaller parts (surprised Churchill) and Stalin wanted to take part of East Prussia to get the warm water Baltic port of Konigsberg (became Kaliningrad).
  • FDR willing to accomodate Stalin; Churchill was isolated; Stalin joked at dinner that Churchill was soft on Germany and that it may be necessary to execute 50,000 German officers; Churchill replied that he would never agree to such "barbarous acts" but FDR joked that perhaps 49,000 would do.

Yalta (ARGONAUT), Feb. 4-11, 1945.
Conferees: Churchill, Roosevelt, Stalin.
Main results: Plans for dealing with defeat of Germany; policy for postwar Europe; agreement on forming a United Nations organization; agreement on conditions under which Russia would enter war against Japan

JOINT COMMUNIQUÉ ON CRIMEA (Yalta) CONFERENCE

February 12, 1945

http://www.ibiblio.org/pha/policy/1945/450212b.html

(…)

Poland

A new situation has been created in Poland as a result of her complete liberation by the Red Army. This calls for the establishment of a Polish provisional government which can be more broadly based than was possible before the recent liberation of Western Poland. The provisional government which is now functioning in Poland should therefore be reorganized on a broader democratic basis with the inclusion of democratic leaders from Poland itself and from Poles abroad. This new government should then be called the Polish Provisional Government of National Unity.

M. Molotov, Mr. Harriman and Sir A. Clark Kerr are authorized as a commission to consult in the first instance in Moscow with members of the present provisional government and with other Polish democratic leaders from within Poland and from abroad, with a view to the reorganization of the present government along the above lines. This Polish Provisional Government of National Unity shall be pledged to the holding of free and unfettered elections as soon as possible on the basis of universal suffrage and secret ballot. In these elections all democratic and anti-Nazi parties shall have the right to take part and to put forward candidates.

When a Polish Provisional Government of National Unity has been properly formed in conformity with the above, the government of the U.S.S.R., which now maintains diplomatic relations with the present provisional government of Poland, and the government of the United Kingdom and the government of the U.S.A. will establish diplomatic relations with the new Polish Provisional Government of National Unity, and will exchange ambassadors by whose reports the respective governments will be kept informed about the situation in Poland.

The three heads of government consider that the Eastern frontier of Poland should follow the Curzon line with digressions from it in some regions of five to eight kilometers in favor of Poland. They recognize that Poland must receive substantial accessions of territory in the North and West. They feel that the opinion of the new Polish Provisional Government of National Unity should be sought in due course on the extent of these accessions and that the final delimitation of the western frontier of Poland should thereafter await the peace conference.


Zobacz również:


Przygotowali: Waldemar J Wajszczuk & Paweł Stefaniuk 2000-2013
e-mail: wwajszczuk@comcast.net